wtorek, 17 maja 2016

Bridezilla vol2 - Mamy datę, ale co dalej?!

W ostatnim poście w skrócie opowiedziałam wam naszą historię zaręczyn oraz o tym jak wybraliśmy, lub w tym wypadku JA wybrałam datę naszego ślubu. Metoda chybił trafił nie sprawdzi się każdemu, dlatego też przypominam - czytasz na własną odpowiedzialność.



W momencie kiedy wybraliśmy datę zastanowiłam się, o kurde, co dalej! Nie wiem czy wy też tak macie/mieliście, ale ja chciałam się zabrać za wszystko od razu. To tak jakby w głowie zapalało mi się zielone światło i mówiło do mnie ''lecisz malenia''. Poczułam to bardzo intensywnie i dosłownie odrywając markera od kalendarza puszczałam już zawiadomienie całemu światu, że mamy datę ślubu. Fejsbukowa siła przyciągnęła miliony...no może dziesiątki gratulacji i sprawiła, że znalazłam się w blasku reflektorów i zawładnęłam witryną Zuckerberga na kolejne kilka minut. Ach cóż za emocje !



Niewiele jednak mi to dało, czułam niedosyt planowania, bo ja uwielbiam planować. Niewiele jednak można zrobić o godzinie 23... Więc zaczęłam planować od czego owe planowanie rozpocznę następnego dnia. W sieci jest mnóstwo stron internetowych i poradników. Kopalnia wiedzy i mogłabym o tym pisać bez końca. Ja zaczęłam od spisu literatury anglojęzycznej, która mi się przyda, gdyż ta jest tu dla mnie bardziej dostępna.Następnego dnia śmigałam między półkami księgarni obładowana planerami ślubnymi i księgami wymagając od ekspedienta w sklepie solidnej oceny owych dzieł. 



Gdy już taczką dowiozłam połowę księgarni i sklepu z prasą mogłam zacząć czerpanie inspiracji. A tych ohohoho. Było dużo. I tak wpadłam w pułapkę ustalania motywu weselnego i zmieniania go gdy wpadłam w pajęczynę pinterestu. I tak przeglądałam i wertowałam cały dzień w poszukiwaniu idealnego wystroju wnętrza. Wtedy sobie przypomniałam, że do wesela 19 miesięcy a ja jeszcze nie mam sali !! Skandal. Chwyciłam za telefon i zaczęłam poszukiwania sali. W grę wchodziły właściwie dwie sale. Kamil rozważał jakieś inne, które jak gdyby w ogóle nie wchodziły w grę. Patrzył na mnie obłędnym i pustym wzrokiem gdy ze łzami w oczach tłumaczyłam mu, że okrągłe stoły na sali to sprawa życia i śmierci i inne nie wchodzą w grę. Siła perswazji i kobiecej kokieterii ( a raczej moc rzewnych łez i tupnięcie nogą) sprawiły, że Kamil podjął tą ''męską decyzję" o wyborze sali. Tak - to on ją wybrał. 



Moja mama jak zwykle - zachowała zimną krew i szybko podzieliła mój entuzjazm. Nie muszę chyba dodawać, że następnego dnia już podpisywała za mnie umowę i dzielnie prezentowała Pani menedżerce obiektu biblię z pytaniami, które miałam gotowe od lat kilku. 
I nie wiem czy to tylko ja muszę wiedzieć dane takie jak średnice stołów, materiały obrusów i wysokość świeczników czy wazonów, ale nie powiecie mi że to nie są wiadomości nieistotne! Zwłaszcza 19 miesięcy przed ślubem ! Przecież to jak jutro. 





No właśnie ... A co ja zrobię jutro ?

O tym już wkrótce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz