sobota, 16 lipca 2016

Ulubione Majowe !

Hej Hej !

Spóźniona notka o ulubionych produktach, których nie ma dużo. Wydaję mi się, że jetem coraz bardziej wybredna w wyborze kosmetyków. Ostatnio stawiałam na naturalne kosmetyki wegańskie. Znacie Lush! Bardzo popularna firma z naturalnymi produktami. w tym miesiącu wyszłam z torbą pełną zakupów - i wszystkie były strzałem w dziesiątkę. Na pierwszy ogień to co mogę pokazać bo z moich kul i olejków do kąpieli niestety nic nie zostało !




Na pierwszy ogień maska do stóp Volcano. Bardzo byłam sceptycznie nastawiona do tego produktu, ale potrzebowałam czegoś co orzeźwi moje stopy po całym dniu pracy. Maskę nakładamy na 20 minut. Fajna glinkowa, zastyga na stopach, nie ma jakiegoś intensywnego zapachu. W składzie znajdziemy między innymi pomidory, sok z cytryny czy papaję. Fajna maska, która nie chłodzi jakoś strasznie ale relaksuje i złuszcza naskórek. 



cena : £6.95 za 125 g produktu




Kolejnym ulubieńcem który na pewno zostanie ze mną na dłużej jest nawilżający żel do twarzy z Clinique. Jako, że mam cerę mieszaną jest to dla mnie formuła idealna. Fajnie nawilża, nie waży się na skórze, idealny pod makijaż. Na ciepłe dni jak znalazł, zwłaszcza żeby włożyć do torebki i smarować buzię na słońcu. Plus za jego formułę i beztłuszczowy skład.

Cena : 95 zł za 50 ml.





Kolejny ulubieniec to zaskoczenie dla mnie. Pędzel, który przywędrował do mnie z GlossyBoxa. Leżał i leżał aż któregoś dnia po niego sięgnęłam i się nie mogę z  nim rozstać. Fantastyczny do konturowania twarzy, ja używam go do rozświetlenia mojej twarzy. Wspaniale się z nim pracuję, blenduje się nim przyjemnie i nie robi plam. Ja mam numer 504 i za taki pędzel zapłacimy ok 13 funtów. Jest to pędzel syntetyczny, nie testowany na zwierzętach. Poniżej możecie zobaczyć jak fajnie zbite jest włosie. Jeśli macie okazję to polecam. 





Kolejne zaskoczenie! Nie lubię takich woskowych, miodkowych produktów. Takie formuły zazwyczaj są kleiste i tłuste. Ta ma taki woskowy kolor, pachnie nieco wanilią. Jest to taka maść awaryjna powiedziałabym. Noszę w torebce używam najczęściej na usta, łokcie etc. Idealna na podróż bo może uratować nas w każdej sytuacji. W składzie znajdziemy lanolinę, witaminę e i miód.



Za tą tubkę o pojemności 50 g musimy zapłacić 17 funtów. Jest to całkiem sporo i gdyby nie Glossy Box nie skusiłabym się na taki produkt w ciemno. Jednak jego uniwersalność i mnogość zastosowań (ukąszenia, poparzenia, sucha skóra, balsam po goleniu, otarcia, alergia etc) sprawia, że jest tego wart. Mała tubka do walizki - jestem na tak!



Kolejny Lushowy produkt. Świetna maska Don't Look at me. Fajny kolor, orzeźwiający zapach cytryny. Ryż który jest zmielony daje lekki efekt peelingu. Super po pracy, orzeźwia skórę i wygładza. Mam wrażenie, że nawet rozjaśnia trochę moje przebarwienia. Chyba przebiła maskę z owsem, którą do tej pory kupowałam i Magnaminty. za takie pudełko zapłacimy 5 funtów.




No to na tyle jeśli mowa o ulubieńcach!

Coś przypadło wam do gustu?

wtorek, 24 maja 2016

Bridezilla - miszmasz inspiracji


Wspominałam wam już o tym jakiego kręćka można dostać przy przeglądaniu stron, gazet i filmików na internecie. Wszystko po to, żeby sprawić, że cała oprawa będzie wyjątkowa nie tylko dla nas, ale również dla gości weselnych. Wiadomo, że cały wystrój musi się spotkać z aprobatą babci Ziutki, Ciocia Grażynka musi wzdychać nad kompozycjami kwiatowymi , a mama Ania musi być oszołomiona prostotą miejsca. Każdy ma inne oczekiwania - bardzo często kompletnie inne niż nasze. Ciocie, babcie, kuzynki, rodzice - oni wszyscy nie myślą o dekoracjach dopóki dopóty nie przekroczą progu sali weselnej. Prawdziwa Panna Młoda z Piekła Rodem nie może przez nie spać!


Chciałam wesele rustykalne. Później chciałam vintage chic, później boho. Zaplątałam się w tym wszystkim dopóki nie przemyślałam tego na spokojnie i nie stwierdziłam, że pewne rzeczy muszę zostawić profesjonalistom - oczywiście z moim pełnym nadzorem ! Już mniej więcej wiem co, gdzie i za ile. Chciałam się dziś jednak z wami podzielić zdjęciami, filmami - moimi inspiracjami. 



Gipsówka - jeden z moich ulubionych kwiatów, które pięknie wplatają się w ślubne dekoracje. Wianki, kwiaty, ozdoba sali. Ja postawiłam na gipsówkę dekorującą nam drogę do ołtarza, Będzie ona upięta właśnie w podobny sposób oraz będzie występowała w dekoracji ogrodu. Prosto, minimalistycznie i elegancko.


Drogowskazy, znaki, informacje - jestem na tak ! Fajny bajer, proste do zrobienia i u nas w ślubie plenerowym w ogrodzie obok sali sprawdzi się idealnie. 




Kocham piwonie - są bardzo delikatne i pięknie pachną. Dlatego to na nie póki co obstawiam jeśli chodzi o bukiet ślubny. Pięknie również prezentują się w dekoracjach na stołach. 



Papierowe pompony to jeden z bardziej kontrowersyjnych pomysłów. Mi za to bardzo się podobają i użyję ich do dekoracji candy baru, ogrodu a także kącika dla dzieci. 



Seating Plan to bardzo ważna rzecz weselna. My swój zrobimy sami - mam już kilka pomysłów i nie mogę się doczekać. 













piątek, 20 maja 2016

Bridezilla vol 3 - Zosia Samosia


Planowanie ślubu to wielka przyjemność i każda z nas marzy o tym dniu jako o dniu wyjątkowym. Każda ma własne wyobrażenie jak to ma wyglądać i własne dziecięce marzenia na temat oprawy wydarzenia. Ja wiedziałam od razu, że chcę żeby to było wesele pasujące do nas - naszej...no dobra może mojej osobowości i wizji. Nie to, że faceci wizji nie mają...ale jej nie mają i ot co. Kamila mało interesowało ( mało też interesuje teraz, bo stwierdza że on przygotowania zaczyna za miesiąc...) dyskutowanie na temat oprawy, dekoracji etc. Wydaję mi się, że to już jest taka babska rzecz i tyle. Jednak przy zastanawianiu się nad tym wszystkim nie wiedziałam już czego chcę w końcu. Ogrom inspiracji dostępnych na Pintereście nie pomógł wręcz zakłócił moje wizje...

Planowanie wesela za granicą jest ciężkie. W sensie gdy się mieszka za granicą, a pobiera w swej ojczyźnie. Załatwianie wszystkiego mejlowo i korespondencyjnie przysparzało mnie o mdłości. Biedna mama była nękana przeze mnie dzień i noc dopóki nie byłam pewna, że podpisała umowę o salę, zapytała o to co ja chciałam wiedzieć etc. Oczywiście przyszło mi do głowy skorzystanie z Wedding Plannera, tym bardziej, że nasi znajomi mają świetną agencję ślubną ( pozdro 666 DecorAmor - koniecznie ich sprawdźcie!). Jednak stwierdziłam, że zawsze chciałam dużo rzeczy zrobić sama. Zosia Samosia ! Marzyłam o byciu w pełnym poczuciu kontroli i sama zadbać o każdy szczegół. Więc tak i owak - stałam się szefem, a raczej szefową wszystkich szefowych!

Pamiętacie o tym jak wspominałam o przemiłym Panu na którego wydzierałam się w księgarni, bo nie był biegłym ekspertem w sprawie literatury ślubnej ? No więc chcąc nie chcąc po omacku wskazał mi najczęściej sprzedawane pozycje. Szybko zaopatrzyłam się w poradnik, żeby ogarnąć mniej więcej temat. Dobra decyzja , szkoda tylko, że dopiero wtedy zdałam sobie sprawę jak bardzo Polskie wesela różnią się od tych angielskich... Niemniej jednak fajnie wydany poradnik, podsunął mi kilka pomysłów i dla tych co planują i są Zosiami tak jak ja - Polecam !



Książka Carole Hamilton - pięknie wydana. Taka dziewczyńska po prostu. Fajne informacje o tym co powiedzieć w toastach, jak napisać przysięgę, na co zwrócić uwagę przy doborze swojej trupy.
Fajne czytadełko ! Polecam serdecznie - cena to 10 funtów.




Kolejną rzeczą było zaopatrzenie się w kalendarz, agendę, BIBLIĘ! W tej księdze zapisuję wszystkie swoje wydarzenia, frustracje i pomysły. Jest fajna, ale upatrzyłam sobie jeszcze jeden planer w Polsce, na który czekam i który troszkę bardziej przyda mi się do śledzenia kosztów. Niemniej jednak mimo, że wesele za rok, to cały planer już prawie mam zapisany pomysłami i wizjami.



No i kolejnymi narzędziami do załapania inspiracji i pomysłów na temat wesela jest PRASA drogie Panie. Prasa ślubna to szeroka gama najnowszych trendów. Suknie, dekoracje, porady. Świetne pomysły i piękne zdjęcia. Sama kilka inspiracji zaczerpnęłam z owej prasy, 




Jest tego tyle, że z motywem ślubnym o ile taki wybieramy może być ciężko... A do tego dochodzi internet... I tu mamy cały wachlarz możliwości i pomysłów. 

A wy jak postrzegacie organizowanie wszystkiego o własnych siłach?



wtorek, 17 maja 2016

Bridezilla vol2 - Mamy datę, ale co dalej?!

W ostatnim poście w skrócie opowiedziałam wam naszą historię zaręczyn oraz o tym jak wybraliśmy, lub w tym wypadku JA wybrałam datę naszego ślubu. Metoda chybił trafił nie sprawdzi się każdemu, dlatego też przypominam - czytasz na własną odpowiedzialność.



W momencie kiedy wybraliśmy datę zastanowiłam się, o kurde, co dalej! Nie wiem czy wy też tak macie/mieliście, ale ja chciałam się zabrać za wszystko od razu. To tak jakby w głowie zapalało mi się zielone światło i mówiło do mnie ''lecisz malenia''. Poczułam to bardzo intensywnie i dosłownie odrywając markera od kalendarza puszczałam już zawiadomienie całemu światu, że mamy datę ślubu. Fejsbukowa siła przyciągnęła miliony...no może dziesiątki gratulacji i sprawiła, że znalazłam się w blasku reflektorów i zawładnęłam witryną Zuckerberga na kolejne kilka minut. Ach cóż za emocje !



Niewiele jednak mi to dało, czułam niedosyt planowania, bo ja uwielbiam planować. Niewiele jednak można zrobić o godzinie 23... Więc zaczęłam planować od czego owe planowanie rozpocznę następnego dnia. W sieci jest mnóstwo stron internetowych i poradników. Kopalnia wiedzy i mogłabym o tym pisać bez końca. Ja zaczęłam od spisu literatury anglojęzycznej, która mi się przyda, gdyż ta jest tu dla mnie bardziej dostępna.Następnego dnia śmigałam między półkami księgarni obładowana planerami ślubnymi i księgami wymagając od ekspedienta w sklepie solidnej oceny owych dzieł. 



Gdy już taczką dowiozłam połowę księgarni i sklepu z prasą mogłam zacząć czerpanie inspiracji. A tych ohohoho. Było dużo. I tak wpadłam w pułapkę ustalania motywu weselnego i zmieniania go gdy wpadłam w pajęczynę pinterestu. I tak przeglądałam i wertowałam cały dzień w poszukiwaniu idealnego wystroju wnętrza. Wtedy sobie przypomniałam, że do wesela 19 miesięcy a ja jeszcze nie mam sali !! Skandal. Chwyciłam za telefon i zaczęłam poszukiwania sali. W grę wchodziły właściwie dwie sale. Kamil rozważał jakieś inne, które jak gdyby w ogóle nie wchodziły w grę. Patrzył na mnie obłędnym i pustym wzrokiem gdy ze łzami w oczach tłumaczyłam mu, że okrągłe stoły na sali to sprawa życia i śmierci i inne nie wchodzą w grę. Siła perswazji i kobiecej kokieterii ( a raczej moc rzewnych łez i tupnięcie nogą) sprawiły, że Kamil podjął tą ''męską decyzję" o wyborze sali. Tak - to on ją wybrał. 



Moja mama jak zwykle - zachowała zimną krew i szybko podzieliła mój entuzjazm. Nie muszę chyba dodawać, że następnego dnia już podpisywała za mnie umowę i dzielnie prezentowała Pani menedżerce obiektu biblię z pytaniami, które miałam gotowe od lat kilku. 
I nie wiem czy to tylko ja muszę wiedzieć dane takie jak średnice stołów, materiały obrusów i wysokość świeczników czy wazonów, ale nie powiecie mi że to nie są wiadomości nieistotne! Zwłaszcza 19 miesięcy przed ślubem ! Przecież to jak jutro. 





No właśnie ... A co ja zrobię jutro ?

O tym już wkrótce.

poniedziałek, 16 maja 2016

Seria Bridezilla - jak ustalic date slubu!


Nawet nie wiem cóż powiedzieć na moją 2 letnią nieobecność. Teraz czuję jednak chęć wylania swoich frustracji na papier eee.. lub na ekran monitora w tym wypadku.

 Za rok bierzemy ślub. Jeśli czytasz to i jeszcze o tym nie wiesz, a znamy się osobiście to nie wiem co jest z tobą nie tak ! Do Ślubu rok, wszystko mniej więcej ustalone ponieważ jako tytułowa Bridezilla musiałam ruszyć z przygotowaniami od razu dzień po ustaleniu daty. Ale jak ją wybrałam? Eeee to znaczy wybraliśmy ! O tym jak to wyglądało u nas - tylko dla ludzi o mocnych nerwach i dystansie do siebie. 





O tym, że czekałam na dzień oświadczyn jak głupia wie każdy kto mnie zna - ciosałam trochę kołki, ale w końcu poddałam się. W naszą piątą rocznicę byłam więcej niż pewna, że to się nie wydarzy w taki oczywisty dzień. Plaża, molo no i oto mój książę z bajki klęka i wypowiada to pytanie. Podejrzewam, że nikt tak nie łkał jak ja. Oczywiście ze szczęścia. Do dziś pamiętam ten strach przed otwarciem wieka pudełka od pierścionka. Strach związany z jego wyglądem oczywiście. Mi się poszczęściło - uff! ULGA!

Nasz Plan - poczekać kilka lat, nie spieszyć się ze ślubem. Wiadomo - apetyt rośnie w miarę jedzenia, a ja już oglądałam winietki, zaproszenia... W październiku ustaliliśmy datę. Ale jak?! Takie pytanie też sobie zadawałam. Wydawało mi się to kosmicznie niemożliwe. Jako typowa Panna Młoda rozpoczęłam research na stronach.

Okazało się, że ludźmi kierują różne powody do wyboru takiej a nie innej daty ich ślubu. Ja rozważałam daty takie jak nasza rocznica ( ale kto by do jasnej ciasnej chciał brać ślub w marcu ?!), urodziny lubego etc. Nie miałam do tego podejścia sentymentalnego ale pomyślałam, że to ma sens!

Okazało się, że te daty w ogóle w roku 2017 nam nie pasują. Nic a nic. wtedy wdałam się w wir numerologi. Wiecie, że ludzie wyliczają sobie numerologicznie swoje daty ślubu ?! To jednak kompletnie mi nie grało. Więc tradycyjnie - w naszym stylu, po prostu zamknęłam oczy i walnęłam ręka w kalendarz. CZERWIEC! 


Czerwiec jest spoko - fajnie ciepło, nie za gorąco, kwiatki pachną i te sprawy. Świetnie się złożyło, że obczaiłam, że Boże Ciało wypada w czwartek. Stwierdziliśmy, że i tak nie chcemy ślubu Kościelnego więc środa okazała się dla nas wręcz idealna. Sami byliśmy na takim weselichu i wcale nam to nie przeszkadzało. Postanowione !  Niektórym wyda się to pewnie dość dziwne - przypadkowa data. Ale who cares! Następnego dnia już mieliśmy zaklepaną salę na którą sie napaliłam, bo okazało się że inne były pozajmowane. Potem wszystko ruszyło i narodziła się we mnie... Bridezilla! :D





Do następnego !

sobota, 22 listopada 2014

*A po długiej ciszy - Vichy Idealia*



Zastój na blogu, który trwał 5 miesięcy chyba zdecydowanie mogę zaliczyć do moich porażek. Musiałam jednak zebrać wiarę w siebie i w to, że to co robię ma sens, a także uporządkować swoje życie i swoje sprawy. Muszę przestać odkładać rzeczy, które sprawiają mi przyjemność na później. Ale nie będę się tłumaczyć. Tych co czekali przepraszam, a tych co nie czekali nie przepraszam!





Jak wielką rolę odgrywa w naszej rutynie idealna pielęgnacja nie tylko naszego ciała, ale również naszej twarzy? Ogromną! Kiedyś należałam do zwolenników używania czegoś uniwersalnego, co nie pochłania dużej ilości czasu spędzanego przed lustrem. Wydawało mi się, że tanie też jest dobre. Krem jest jednak dla mnie teraz rzeczą, na której nie lubię oszczędzać. Nie mówię że niższa półka jest zła, ale to że lubię dawać mojej skórze coś ekstra, zwłaszcza, że muszę dbać o nią gdyż pojawiają się na niej już pierwsze oznaki starzenia.

Jestem ogromną fanką Lierac i miałam już chyba większość kremów, które można i można było nabyć. I o ile jestem nimi zachwycona do zmiany kremu przekonała mnie na pewno fajna promocja i mega pochlebne opinie. Dziś mówimy o zachwalanym Vichy Idealia. 


Ja skusiłam się na dwa produkty z tej serii. Pierwszym z nim jest krem do cery suchej. Mimo to, że moja cera jest mieszana skusiłam się na nawilżającą, ale lekką formułę, która nawodni moja skórę ale nada jej blasku. Jak pewnie większość z was wie, seria Idealia jest stworzona dla szarej cery, zmęczonej, bez blasku. Ma za zadanie wygładzić pierwsze zmarszczki i rozświetlić buzię. 

Po otwarciu kremu, pierwsze co widzimy to delikatnie różowy kolorek i fajny zapach, lekko kwiatowy, ale na pewno nie apteczny. Jego formuła jest dość nietypowa, bo bardzo lekka dzięki czemu świetnie zgrywa się z moją mieszaną cerą. Nie lepi się, ładnie się rozprowadza. Jest świetny pod makijaż, nic nam się nie roluję ani nie waży. Krem dość szybko się wchłania, ale mimo lekko lepkiej warstwy nie przeszkadza w rozprowadzeniu podkładu czy pudru. 
W składzie znajdziemy wyciągi z herbaty cejlońskiej,LHA odpowiedzialne za złuszczanie, masło kaite, witaminę E czy wodę termalną. 

Cena: ok 90 zł.

 Skład: Aqua, Glycerin, Caprylic/Capric Triglyceride, Dimethicone, Pentaerythrityl Tetraethylhexanoate, Butyrospermum Parkii Shea Butter, Cetyl Alcohol, Saccharomyces/Black Tea Ferment, Myreth-3 Myristate, Propylene Glycol Diethylhexanoate, Pentylene Glycol, Synthetic Wax, Octyldodecanol, PEG-100 Stearate, CI 17200, CI 15985, CI 77891, Mica, Carbomer, Glyceryl Stearate, Dimethicone/Vinyl Dimethicone Crosspolymer, Dimethiconol, Sodium Hydroxide, Phenoxyethanol, Adenosine, Tocopheryl Acetate, Caprylyl Glycol, Capryloyl Salicylic Acid, Fragance.


Moim zdaniem, świetny krem. Robi to co ma robić, to co producent obiecuję. Chętnie wrócę do niego jeszcze kiedyś, gdy przetestuję jeszcze kilka kremów od Vichy, bo mam teraz na nie chrapkę. Krem stosowałam razem z serum, bo wierzę, że wtedy dzieję się to co się ma dziać :)

Co myślicie o Vichy?

No to do następnego!
 




środa, 16 lipca 2014

*Nasze podróże małe i duże - Colchester Zoo*

Hej Kochani!

Dziś notka bardziej kulturalno  - podróżnicza. Trochę o naszej wyprawie, na którą mnie Kamil zabrał ( bo długo obiecywał! ). Wyprawa do Zoo czyli to to co szopy lubią najbardziej.

Nie wiem jak wy ale we mnie budzi się moje wewnętrzne dziecko kiedy widzę słodkie małe zwierzątka. Czuję się wtedy jak kilkuletnia dziewczynka zabrana do parku rozrywki po raz pierwszy. Uwielbiam takie atrakcje i coś mi się zdaję, że wy też. 

Zoo do którego się wybraliśmy znajduję się w Colchester, mieście oddalonym od naszego o jakieś 40 minut. Jest to najstarsze miasto w całej Anglii, które zostało założone przez Rzymian w roku 77 n.e. Miasto ma całkiem wiele atrakcji i sporo do zaoferowania. Zoo, o którym już wiecie jest zdecydowanie jedną z nich. Z ciekawostek powiem jeszcze, że z miastem związana była Margaret Thatcher or Daniel Defoe, który jest autorem Robinsona. 

Zoo znajduję się na powierzchni 60 akrów ziemi oraz jezior. Znajdziemy tam około 270 gatunków zwierząt, 50 różnych wystaw tematycznych, miejsca zabaw dla dzieci, kolejkę która przewiezie nas przez afrykańskie stepy. Jeśli chodzi o krajobrazy to Zoo jest piękne. Dużo bardziej podobało mi się od tego warszawskiego. Jest dużo przestrzeni, zieleni i każda sekcja przypomina bardziej dany kraj. 


Jeśli chodzi o atrakcje i zwierzątka to nam najbardziej spodobały się dwie rzeczy. Czerwone pandy, które prawie niczym nie były odgrodzone od ludzi i były przesłodkie, ponieważ jedyne co robiły to ganiały za ptakami, które im wyjadały jedzonko. Kolejnym plusem było to, że w tym zoo można samemu karmić żyrafy i słonie. Ja się nie zdecydowałam bo kolejki były ogromne, no i przyznam czuję respekt przed słoniami czy żyrafami. 

Jednak najlepsza rzecz jaką widzieliśmy to lwy morskie, które można było obejrzeć w tunelu, który był piękny. Lwy lgnęły do ludzi, robiły różne figury, widać było, że lubią być w centrum uwagi. Można je było również oglądać z góry. Wklejam wam filmik z tego tunelu i przepraszam za jakość ale ogarnęłam się dopiero teraz, że źle nagrałam to. 








Oczywiście ja z żyrafą :D



Karmione słoniki


Karmienie żyrafek !



Mój kumpel!



Najsłodsza czerwona panda na świecie <3 br="">





Małe wydry są słodkie !



Kamil podsumował to tak : Patrz jak się iskają, a ty nawet pleców mi nie chcesz umyć!






Wycieczka bardzo się nam udała i oboje byliśmy zachwyceni! Niżej filmik już nie mój !




A wy lubicie zoo? :)